Wczoraj wpadłem na pomysł, dziś wstępnie wypróbowałem: zdjęcia streetowe z interwalometrem.

Idea jest prosta: ustawić aparat na auto (najsensowniej chyba w trybie shutter priority), włączyć interwalometr (czyli robienie zdjęć z zadaną częstotliwością, najlepiej raz na sekundę lub ciut rzadziej), powiesić sobie na szyi, po czym zacząć łazić, rozglądając się niewinnie, z łapami w kieszeniach. :) Najlepiej po miejscach, gdzie niechętnie patrzy się na robienie zdjęć, czyli galerie handlowe, dworce kolejowe, itp.

Wypróbowałem dziś w drodze do kawiarni, acz póki co z mizernym skutkiem, bo nie ogarnąłem dwóch rzeczy. Po pierwsze, zapomniałem przestawić światłomierz ze spota na coś bardziej odpowiedniego, więc rozstrzał ekspozycji jest straszliwy. :) A po drugie, 1/80s to stanowczo za długi czas przy 35mm.

Ale i tak, z tego co na szybko przeglądałem na LCD, mam ze dwa sensowne ujęcia. :) W drodze do domu naprawię błędy i potestuję znowu.

UPDATE
Nie udało mi się osiągnąć nic ciekawszego w drodze do domu. Okazuje się, że nawet czas 1/320s jest za długi i większość zdjęć jest poruszona. Dodatkowym problemem okazał się trzask migawki, który nie dość, że jest dość głośny w przypadku mojego aparatu, to na dodatek przy zdjęciach z interwalometrem występuje dość regularnie, przez co zwraca na siebie uwagę. Być może wyzwalanie radiowe z kieszeni byłoby sensowniejszym rozwiązaniem, ale to już chyba przesada. :)

Generalnie, jedyne zdjęcie, które mi się z grubsza podoba, to w zasadzie przypadkowa abstrakcja, którą można by uzyskać i standardowymi metodami:


Pozostałe w porywach wyglądają co najwyżej tak (większość raczej jak to drugie):

Także technika wędruje raczej na półkę, dziedzina zastosowań będzie dość wąska.

17 komentarzy

Flickr doczekał się funkcjonalności opisywania zdjęć znajdującymi się na nich osobami. Pierwsze wrażenia pozytywne, podoba mi się integracja ze stroną główną, profilem i podstroną kontaktów.

Chociaż przydałoby się automatyczne wykrywanie twarzy już opisanych osób... Od wczoraj przebijam się powoli przez swój photostream i podpisuję, ale jak przy każdym zdjęciu trzeba to robić od nowa, to jest to jednak trochę męczące. :)

Swoją drogą, ciekawe czy wprowadzą to później. Teoretycznie byłoby chyba łatwiej, skoro już teraz dali narzędzie do oznaczania konturów twarzy. Mieliby całkiem sporo danych do kalibrowania algorytmu wykrywania twarzy. Zastanawia mnie tylko tylko jak duży podniósłby się wtedy krzyk obrońców prywatności. :) (niesłuszny, moim zdaniem)

2 komentarze

Przejrzałem pierwsze wrażenia i dane techniczne najnowszego dziecka Canona, modelu 1D Mark IV, obejrzałem nakręcony nim film (uwaga, bezpośredni link, 93 MB; ponoć cały w ISO 6400, przy minimalnej redukcji szumów) i nasuwają mi się następujące wnioski.

Po pierwsze, jesli ten Canon dorówna jakością zdjęć przy wysokim ISO ogłoszonemu niedawno Nikonowi D3s (przykładowe zdjęcia), to Nikon będzie w czarnej dupie. Szczerze mówiąc, wątpię, żeby tak było, myślę, ze będzie trochę odstawał, podobnie jak Canon 5D Mark II od D700, ale ciekawe co się będzie działo, gdy Canon przełoży tę technologię do pełnoklatkowego 1Ds...

Posłodziłem Canonowi, to teraz pora mu trochę dowalić. Druga rzecz, jaką wypatrzyłem w specyfikacji, to update autofocusa. Czytając szarą ramkę z środka w/w artykułu Roba Galbraitha aż trudno mi było uwierzyć, że Canon faktycznie dopiero teraz wprowadza funkcjonalność, którą Nikon nie tylko oferował od dawna, ale miał ją całkiem nieźle konfigurowalną. Teraz znacznie mniej sceptycznie podchodzę do tego wpisu na blogu, który wcześniej pachniał mi trochę trollem/Kenem Rockwellem. :)

A'propos tego bloga, zabawny jest ostatni wpis o zbanowaniu przez Canona w/w filmiku. Kolejny plus do wiarygodności pisanych tam tekstów, bo po prostu nie wierzę, że ludzie w Canon USA wykazaliby się nie tylko kompletnym niezrozumieniem współczesnego marketingu, ale wręcz zaawansowaną schizofrenią. :)

5 komentarzy

Znam ten kawałek od co najmniej sześciu lat, kiedyś umiałem go grać na gitarze i (od biedy) śpiewać, potrzeba mi jednak było tyle czasu, żeby docenić w nim partię perkusji. Coś absolutnie genialnego.

Nie ma to jak nocne odkrywanie na nowo klasyków podczas pracy. ;)

Dodaj komentarz

Nie ma to jak pójść do Empiku po DVD Avril Lavigne, a wyjść z DVD Pat Metheny Group.

(wrażenia tutaj, acz po angielsku)

Dodaj komentarz
ReCAPTCHA: Fight Spam And Digitize Boobs

Przyjemne z pożytecznym...

Dodaj komentarz

Mój kontakt z utrwalaniem obrazów na kliszy światłoczułej przypomina trochę żółty ser skrzyżowany z nieco za mocno zakrapianą imprezą: ma dziury, nie wszystko jestem w stanie sobie przypomnieć, ale ogólne wrażenia są pozytywne.

Swój pierwszy aparat fotograficzny dostałem z okazji pierwszej komunii. Był to kultowy dziś radziecki LOMO. Pamiętam jedynie, że robiłem nim zdjęcia na imprezach szkolnych w podstawówce, sam aparat był kanciasty, a przysłonę i czas naświetlania ustawiało się śmiesznymi gałkami po obu stronach obiektywu. Jakbym dobrze poszukał, to niewykluczone, że znalazłbym ten aparat gdzieś w domu.

Kilka lat później dostałem nieco lepszy sprzęt, bo Zenita TTL (z obiektywem bodaj 50 mm), czyli prawdziwą lustrzankę z wbudowanym światłomierzem, dokonującym pomiarów przez obiektyw. Dopiero wtedy naprawdę wciągnąłem się w fotografowanie, a po przeczytaniu książki "Fotografia od A do Z" przez jakiś czas nosiłem się nawet z zamiarem zorganizowania sobie amatorskiej ciemni w łazience. Swoją drogą, ten aparat mam do dziś i chyba nawet jeszcze jest sprawny, a przynajmniej światłomierz próbuje coś wskazywać i działa migawka.

W końcu jednak z ciemni nic nie wyszło (zdążyłem jedynie kupić szczypce i koreks), w międzyczasie pojawiła się gitara, komputer, Quake, programowanie... i fotografia zeszła na dalszy plan. Co jakiś czas jednak temat powracał i gdzieś z tyłu głowy jakiś głos przypominał o starym hobby. Nieraz nosiłem się z zamiarem powrotu do robienia zdjęć, zaś wierny Zenit cały czas czuwał w szafie (i chyba nawet został użyty raz czy dwa razy).

Tak było do momentu, kiedy usłyszałem o lustrzankach cyfrowych. Będąc już od dawna uzależnionym od komputera zdało mi się niesamowitą stratą czasu i upierdliwością dalsze robienie zdjęć na zaledwie 36-klatkowy film, który potem trzeba zanieść do wywołania i czekać na odbitki, jako alternatywę mając natychmiastowy podgląd na LCD i błyskawiczne zgranie zdjęć na twardy dysk komputera. O ile łatwiejsza staje się nauka i eksperymenty, gdy nie muszę przypominać sobie jakich parametrów ekspozycji użyłem przy tym ósmym zdjęciu na kliszy, którą wypstrykałem tydzień temu, a które to zdjęcie ewidentnie nie wyszło (wiem, wiem -- można prowadzić zeszycik i wszystko zapisywać, ale to kolejna upierdliwość). Własna ciemnia też nie jest dużo lepszym rozwiązaniem.

Od tego czasu Zenit został skazany na zapomnienie. Nawet jeśli miałem ochotę porobić zdjęcia, to sama świadomość istnienia tak wygodnej alternatywy jak fotografia cyfrowa skutecznie mnie zniechęcała do wyciągania wysłużonego aparatu z szafy. Nie przeszkadzał mi nawet fakt, że ani nie było mnie wtedy stać na lustrzankę cyfrową, ani to, że ówczesne aparaty cyfrowe nie były jeszcze pod każdym względem lepsze od analogowych (dziś chyba można już zaryzykować to stwierdzenie, a przynajmniej w amatorskich i półprofesjonalnych zastosowaniach).

Na początku lutego tego roku nastał w końcu jednak ten dzień, kiedy stara pasja odżyła. W końcu porządna lustrzanka cyfrowa znalazła się w moim zasięgu finansowym i postanowiłem spełnić marzenia sprzed kilku lat. Po lekturze wielu recenzji i porównań zdecydowałem się na zakup Nikona D80 z kitowym obiektywem Nikkor DX 18-135 mm. No i się zaczęło...

Aparat we własnej osobie:
Meta

Chociaż tak właściwie to zaczęło się od mozolnej nauki wszystkiego od podstaw i zaśnięcia nad instrukcją obsługi. Aparat ma ogromne możliwości, a ja nie pamiętałem już nawet jaka jest zależność między głębią ostrości a liczbą przysłony, natomiast z rzeczami typu wielopolowy autofocus, czy automatyczne ustawianie czułości ISO miałem do czynienia po raz pierwszy.

Uczę się w zasadzie cały czas, chociaż suchą funkcjonalność aparatu i podstawy fotografii mam już w znacznej większości opanowane. Teraz jest to głównie kwestia zastosowania tego w praktyce (zdarza mi się jeszcze zapominać o szczegółach) i nauka rozmaitych technik fotografowania i kompozycji. No i oczywiście niekończąca się praca nad własnym wyczuciem estetyki, kreatywnością i wszystkim tym, czego nie da się wyczytać w książkach i internetowych tutorialach. ;)

Póki co założyłem sobie konto w serwisie flickr, gdzie umieszczam swoje zdjęcia -- z nadzieją na światową sławę i panienki, ma się rozumieć. W miarę możliwości rozbudowuję też sprzęt. Jak do tej pory zamieniłem kitowego Nikkora DX 18-135 na Nikkora DX 18-200 VR oraz dodałem do kolekcji Nikkora 50mm f/1.8D. Oba obiektywy są znakomite -- 18-200 jest idealny jako podstawowy obiektyw do szerokiej gamy zastosowań, zaś "pięćdziesiątka" zmusza mnie do bardziej świadomego kadrowania, pozwalając również na bardziej elastyczną zabawę głębią ostrości oraz radząc sobie przy słabym oświetleniu lepiej niż megazoom, gdy ten nawet pomimo VR staje się już zbyt wolny.

18-200mm VR:
The big daddy

50mm:
My new toy

Prawdopodobnie w niedalekiej przyszłości zakupię jeszcze obiektyw do makro i może coś bardziej szerokokątnego, ale to drugie tylko wtedy, gdy rzeczywiście zacznę odczuwać niedostatki 18mm mojego podstawowego obiektywu. Na razie skupiam się na robieniu zdjęć. ;)

A tak już na marginesie... Jakby ktoś w okolicach Opola chciał kupić mój kitowy obiektyw 18-135 (stan idealny, używany przez nieco ponad miesiąc, ale podkreślam, że to obiektyw kitowy, więc bez pudełka, gwarancji, itd), to proszę o kontakt. Teoretycznie nie musi być z okolic Opola, ale raczej nie będę skłonny słać szkła pocztą. Przypuszczam, że potencjalny kupujący też wolałby obiektyw osobiście obejrzeć i przetestować, zważywszy na okoliczności.

1 komentarz

Trochę później niż planowałem, ale oto jest... Wpis o mojej Nowe Dziewczynie Numer Dwa!

We wrześniu ubiegłego roku stałem się szczęśliwym posiadaczem gitary Jackson DK2M Dinky w wariancie kolorystycznym Transparent Black (miał być zwykły czarny, ale podobno nie byli w stanie znaleźć nigdzie w Europie) i mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że wówczas po raz pierwszy w moim domu na stałe zagościł instrument muzyczny z prawdziwego zdarzenia.

Co tu dużo mówić, gitara jest jak dla mnie najwyższej klasy. Szczególnie byłem pod wrażeniem jakości przesiadając się ze stareńkiej, polskiej gitary Presto Lang z tandetną i bez przerwy rozstrajającą się podróbką mostka typu Floyd Rose. Ale nie tylko o mostek chodzi (nad nim zachwycałem się już wcześniej), również wygodniejszy gryf i korpus, nieporównywalnie lepsza elektronika i przede wszystkim perfekcyjna intonacja. Po dwóch tygodniach z nową gitarą zauważyłem u siebie znaczącą poprawę słuchu muzycznego. :)

Nawiasem mówiąc, stara gitara miała ciekawy ficzer mikrofonicznego sprzęgania się za każdym razem, gdy przestawałem grać, jeśli tylko wzmacniacz był rozkręcony na tyle głośno, żeby można było swobodnie grać z perkusją. Powodowało to, że granie jakiegokolwiek utworu, który miał pauzy, było cokolwiek interesujące, szczególnie na koncertach. :) Straszną radochą było pierwszy raz zagrać próbę na Jacksonie i nie musieć już znosić wizgów i bez przerwy kontrolować pokrętła głośności na gitarze (skręcenie go na ok. 3/4 likwidowało sprzężenia, ale też oczywiście zmniejszało przester).

Na nowej gitarze po raz pierwszy też udało mi się uzyskać sprzężenie harmoniczne -- jeden z moich ulubionych "efektów specjalnych" gitary elektrycznej. :)

W duchu obiektywizmu powinienem napisać też o wadach gitary, ale -- co zabrzmi zapewne niewiarygodnie -- tak naprawdę ona wad nie ma. Jeśli chodzi o ogólny typ gitary (szredmaszyna z szybkim gryfem i Floyd Rosem), to jest to dokładnie to, czego chciałem i jestem zadowolony z dokonanego wyboru. Jeśli chodzi o szczegóły konstrukcji (np. rodzaj użytego drewna czy konkretny typ przystawek), to za mało wiem o gitarach, żeby stwierdzić, czy np. lepiej by mi brzmieniowo pasował korpus mahoniowy, zamiast klonowego. Nie słyszę żadnych negatywnych cech obecnego brzmienia, a czy mogłoby być lepiej -- nie wiem i właściwie to na razie, nawet po tych sześciu miesiącach, niewiele mnie to obchodzi. :)

Natomiast jeśli chodzi o jakieś niedoróbki, wady konstrukcyjne, to nie doszukałem się niczego. Wykończenie jest piękne, gitara ma świetną intonację, wszystko "chodzi" jak trzeba, strojenie i regulacja w końcu są przyjemnością, a nie udręką.

A przy okazji pozwolę sobie stwierdzić, że wygląda całkiem ładnie, co można zobaczyć na załączonych obrazkach. :) (oczywiście de gustibus cośtam cośtam)

Girlfriend, take 1

Girlfriend, take 3

Girlfriend, overview

Natomiast czym zrobiłem fotki -- o tym w którymś z następnych wpisów. :)

4 komentarze

Trochę spojluję zapowiedzianą niedawno Nową Dziewczynę nr 2, ale nie mogę się powstrzymać. :)

Właśnie poszła mi struna. Normalnie byłby to koniec grania na dziś, a jutro czekałaby mnie wycieczka po nowy komplet i pół godziny zabawy z wymianą (zmieniam zawsze całymi kompletami, nie pojedynczo). Dziś jednak pierwszy raz mogłem odczuć zajebistość mostka typu Floyd Rose.

Struna trzasnęła tuż przy samym mostku właśnie, cóż więc można z tym zrobić, jeśli nie założyć nową? Wystarczy poluzować blokadę struny przy siodełku oraz przy mostku, popuścić trochę struny na kluczu przy główce gitary -- na tyle, żeby można było znowu sięgnąć struną do mostka i wbudowanego w niego imadełka blokady -- i zacisnąć blokadę na nowo.

Nie tylko mogłem ponownie użyć tej samej struny i to bez żadnego wysiłku, to jeszcze po nastrojeniu felernej struny do jej prawidłowego dźwięku gitara nadal idealnie stroi. Uwielbiam ją. :)

9 komentarzy

Na imię ma Avril, a wygląda tak:

Free Image Hosting at www.ImageShack.us

Na pokładzie dwurdzeniowy Turion, gigabajt RAM-u, a karta graficzna to NVidia GeForce Go 7300. Oprócz tego ma 80 GB dysk twardy, panoramiczny ekran 15.4" (natywna rozdzielczość 1280x800) i standardowe w tej klasie zabawki, czyli wifi, bluetooth, firewire, usb2.0, wyjście DVI i nagrywarkę DVD. Krótko mówiąc, można się pobawić. :) Na pokładzie siedzi oczywiście Gentoo 2006.1, profil Desktop, architektura AMD64, drzewo testowe (~). No i Windows XP Home, którego dostałem razem z laptopą.

Żeby nie było tak do końca wesoło, ma też wady. Po pierwsze, dźwięk nie działa pod Linuksem (chipset NVidia MCP51), po drugie, karta wifi jest na chipsecie Broadcom 4318, więc póki co działa praktycznie tylko z ndiswrapperem, co wyklucza fajniejsze zabawy. Dobrze chociaż, że WPA2 działa, więc domową sieć mam zabezpieczoną. No i trochę krótko trzyma na baterii, bo zaledwie niecałe 3 godziny, ale tego akurat się spodziewałem, wybierając laptopa typu desktop replacement.

Nic z tego jednak nie przeszkadza mi praktycznie nie rozstawać się z moją nową dziewczyną nr 1. :) A wkrótce zamierzam wymienić Broadcoma na jakiegoś Atherosa, więc jedna z wad zniknie. Trzymam też kciuki za deweloperów Alsy. :)

Za jakiś tydzień zaś napiszę o mojej nowej dziewczynie nr 2.

UPDATE:
Cóż byłby ze mnie za geek, jakbym do powyższych peanów nie dołączył outputu z uname -a? Oto więc i on.

fixxxer@avril ~ $ uname -a
Linux avril 2.6.18-gentoo-r1 #4 SMP Wed Oct 25 05:32:13 CEST 2006 x86_64 AMD Turion(tm) 64 X2 Mobile Technology TL-50 AuthenticAMD GNU/Linux

UPDATE 2 (16.12.2006):
Od dłuższego czasu działa mi już dźwięk, a w zasadzie to teoretycznie działał od początku, tylko w modułach jądra był jakiś bug, który powodował kernel panic. Został naprawiony i wszystko 'gro i bucy', jak to mówią na południu. Dodatkowo pozbyłem się Broadcoma i wsadziłem mmazurowego Atherosa, więc mogłem pozbyć się także Ndiswrappera. W końcu działa Kismet. :)

Teraz pozostało już tylko wymienić słabiutką myszkę, jaką dostałem razem z laptopą. Najprawdopodobniej mój wybór padnie tradycyjnie na Logitecha, a dokładniej na VX Revolution. Muszę tylko pomacać czy wygodna. :)

6 komentarzy

MiniBlog

Archiwum

Kategorie

Linki

Powered by Jogger.PL and Tarski · Ported by alberht