Mój kontakt z utrwalaniem obrazów na kliszy światłoczułej przypomina trochę żółty ser skrzyżowany z nieco za mocno zakrapianą imprezą: ma dziury, nie wszystko jestem w stanie sobie przypomnieć, ale ogólne wrażenia są pozytywne.
Swój pierwszy aparat fotograficzny dostałem z okazji pierwszej komunii. Był to kultowy dziś radziecki LOMO. Pamiętam jedynie, że robiłem nim zdjęcia na imprezach szkolnych w podstawówce, sam aparat był kanciasty, a przysłonę i czas naświetlania ustawiało się śmiesznymi gałkami po obu stronach obiektywu. Jakbym dobrze poszukał, to niewykluczone, że znalazłbym ten aparat gdzieś w domu.
Kilka lat później dostałem nieco lepszy sprzęt, bo Zenita TTL (z obiektywem bodaj 50 mm), czyli prawdziwą lustrzankę z wbudowanym światłomierzem, dokonującym pomiarów przez obiektyw. Dopiero wtedy naprawdę wciągnąłem się w fotografowanie, a po przeczytaniu książki "Fotografia od A do Z" przez jakiś czas nosiłem się nawet z zamiarem zorganizowania sobie amatorskiej ciemni w łazience. Swoją drogą, ten aparat mam do dziś i chyba nawet jeszcze jest sprawny, a przynajmniej światłomierz próbuje coś wskazywać i działa migawka.
W końcu jednak z ciemni nic nie wyszło (zdążyłem jedynie kupić szczypce i koreks), w międzyczasie pojawiła się gitara, komputer, Quake, programowanie... i fotografia zeszła na dalszy plan. Co jakiś czas jednak temat powracał i gdzieś z tyłu głowy jakiś głos przypominał o starym hobby. Nieraz nosiłem się z zamiarem powrotu do robienia zdjęć, zaś wierny Zenit cały czas czuwał w szafie (i chyba nawet został użyty raz czy dwa razy).
Tak było do momentu, kiedy usłyszałem o lustrzankach cyfrowych. Będąc już od dawna uzależnionym od komputera zdało mi się niesamowitą stratą czasu i upierdliwością dalsze robienie zdjęć na zaledwie 36-klatkowy film, który potem trzeba zanieść do wywołania i czekać na odbitki, jako alternatywę mając natychmiastowy podgląd na LCD i błyskawiczne zgranie zdjęć na twardy dysk komputera. O ile łatwiejsza staje się nauka i eksperymenty, gdy nie muszę przypominać sobie jakich parametrów ekspozycji użyłem przy tym ósmym zdjęciu na kliszy, którą wypstrykałem tydzień temu, a które to zdjęcie ewidentnie nie wyszło (wiem, wiem -- można prowadzić zeszycik i wszystko zapisywać, ale to kolejna upierdliwość). Własna ciemnia też nie jest dużo lepszym rozwiązaniem.
Od tego czasu Zenit został skazany na zapomnienie. Nawet jeśli miałem ochotę porobić zdjęcia, to sama świadomość istnienia tak wygodnej alternatywy jak fotografia cyfrowa skutecznie mnie zniechęcała do wyciągania wysłużonego aparatu z szafy. Nie przeszkadzał mi nawet fakt, że ani nie było mnie wtedy stać na lustrzankę cyfrową, ani to, że ówczesne aparaty cyfrowe nie były jeszcze pod każdym względem lepsze od analogowych (dziś chyba można już zaryzykować to stwierdzenie, a przynajmniej w amatorskich i półprofesjonalnych zastosowaniach).
Na początku lutego tego roku nastał w końcu jednak ten dzień, kiedy stara pasja odżyła. W końcu porządna lustrzanka cyfrowa znalazła się w moim zasięgu finansowym i postanowiłem spełnić marzenia sprzed kilku lat. Po lekturze wielu recenzji i porównań zdecydowałem się na zakup Nikona D80 z kitowym obiektywem Nikkor DX 18-135 mm. No i się zaczęło...
Aparat we własnej osobie:
Chociaż tak właściwie to zaczęło się od mozolnej nauki wszystkiego od podstaw i zaśnięcia nad instrukcją obsługi. Aparat ma ogromne możliwości, a ja nie pamiętałem już nawet jaka jest zależność między głębią ostrości a liczbą przysłony, natomiast z rzeczami typu wielopolowy autofocus, czy automatyczne ustawianie czułości ISO miałem do czynienia po raz pierwszy.
Uczę się w zasadzie cały czas, chociaż suchą funkcjonalność aparatu i podstawy fotografii mam już w znacznej większości opanowane. Teraz jest to głównie kwestia zastosowania tego w praktyce (zdarza mi się jeszcze zapominać o szczegółach) i nauka rozmaitych technik fotografowania i kompozycji. No i oczywiście niekończąca się praca nad własnym wyczuciem estetyki, kreatywnością i wszystkim tym, czego nie da się wyczytać w książkach i internetowych tutorialach. ;)
Póki co założyłem sobie konto w serwisie flickr, gdzie umieszczam swoje zdjęcia -- z nadzieją na światową sławę i panienki, ma się rozumieć. W miarę możliwości rozbudowuję też sprzęt. Jak do tej pory zamieniłem kitowego Nikkora DX 18-135 na Nikkora DX 18-200 VR oraz dodałem do kolekcji Nikkora 50mm f/1.8D. Oba obiektywy są znakomite -- 18-200 jest idealny jako podstawowy obiektyw do szerokiej gamy zastosowań, zaś "pięćdziesiątka" zmusza mnie do bardziej świadomego kadrowania, pozwalając również na bardziej elastyczną zabawę głębią ostrości oraz radząc sobie przy słabym oświetleniu lepiej niż megazoom, gdy ten nawet pomimo VR staje się już zbyt wolny.
18-200mm VR:
50mm:
Prawdopodobnie w niedalekiej przyszłości zakupię jeszcze obiektyw do makro i może coś bardziej szerokokątnego, ale to drugie tylko wtedy, gdy rzeczywiście zacznę odczuwać niedostatki 18mm mojego podstawowego obiektywu. Na razie skupiam się na robieniu zdjęć. ;)
A tak już na marginesie... Jakby ktoś w okolicach Opola chciał kupić mój kitowy obiektyw 18-135 (stan idealny, używany przez nieco ponad miesiąc, ale podkreślam, że to obiektyw kitowy, więc bez pudełka, gwarancji, itd), to proszę o kontakt. Teoretycznie nie musi być z okolic Opola, ale raczej nie będę skłonny słać szkła pocztą. Przypuszczam, że potencjalny kupujący też wolałby obiektyw osobiście obejrzeć i przetestować, zważywszy na okoliczności.